Słowo na niedzielę

Bardzo piękna jest historia Anny z pierwszego czytania. Sytuacja tej kobiety była niewesoła. Bardzo cierpiała, bo nie mogła mieć dzieci. Jej mąż, Elkana, bardzo Annę kochał, ale ponieważ w tamtej kulturze bezdzietność widziano jako brak Bożego błogosławieństwa, to człowiek ten wziął sobie drugą żonę, żeby mieć potomka. Ta druga żona, Panina, która rodziła dzieci, bardzo dokuczała Annie, drwiła z niej.
Pewnego razu jednak coś w Annie pękło. Tego dnia długo płakała, nic nie jadła. Czuła się zupełnie pusta i nikomu niepotrzebna. Pomyślała, że równie dobrze mogłoby jej w ogóle nie być. Poszła jednak przed oblicze Pana, obciążona swoim smutkiem. Jej modlitwą były rzewne łzy. Wtedy nawet arcykapłan Heli źle ją ocenił. Wydawało się, że wszystko sprzysięgło się przeciwko Annie. Ona jednak nie miała planu B. Nie obmyślała jak odgryźć się rywalce, jak podkreślić swoją pozycję, swoją wyższość. Nie obraziła się, nie kąsała. Cierpliwie się modliła. Płakała, czekała i wierzyła. I Pan Bóg całkowicie zmienił tę historię. Wkrótce Anna urodziła syna, którego nazwała Samuel. Był jednym z największych proroków w Izraelu, wielkim przywódcą. To on w przyszłości namaści Dawida na króla.